top of page

Urodzona w Białymstoku, wychowana i wyedukowana w Warszawie. Na Węgrzech – po części w Budapeszcie, sercem „na stałe” w Dunaharaszti – mieszkam od prawie 30 lat. Dzieci w Ogólnokrajowej Szkole Polskiej... Moja wiedza o polonijnych instytucjach i losach tutejszej Polonii jest, jak sądzę, dość dobra, a na pewno większa niż przeciętna. Do tego dochodzi nadprzeciętne zadowolenie z większości sfer życia – zarówno zawodowego, jak i prywatnego – oraz niegasnąca pasja do zwiedzania, rozumienia świata i przemierzania dziesiątek kilometrów po lasach, szczególnie wśród gór. Niby wszystko ślicznie, niby wszystko składa się w zgrabną całość „spełnionego emigranta”... ale zawsze było to „coś”.
Przez lata czułam mały zgrzyt. Coś nie pasowało, brakowało spójności w tej historii. Niby jest nas, Polaków na Węgrzech, sporo, ale nie widać i nie czuć tego historycznego „zasiedlenia”. Patrząc po moich znajomych i współpracownikach – wszyscy jesteśmy albo pierwszym pokoleniem emigracji, albo pierwszym tu urodzonym. Skoro tak, to dlaczego mówimy o sobie „narodowość”? Skąd samorząd? Skąd szkoła? Skąd te wymagane przez węgierskie prawo 100 lat ciągłości?
Pojęcie Derenku oczywiście nie było mi obce – czytałam przecież o Ustawie o Prawach Narodowości z 1993 roku – ale z samym miejscem i jego mieszkańcami nie łączyło mnie zupełnie nic. Dosłownie. Nawet słynna węgierska trasa turystyczna Kéktúra, która – jak się okazało – ma swój punkt kontrolny tuż pod derencką szkołą, nie przywiodła mnie tam wcześniej.
Podobnie, a może nawet mocniej, czuli nasi uczniowie z Ogólnokrajowej Szkoły Polskiej na Węgrzech. Ta silna, 12-osobowa „grupa pod wezwaniem”, za namową nauczycieli, rodziców czy babć, ruszyła w sobotę 18 kwietnia na dwudniową wyprawę w poszukiwaniu korzeni. Początkowo pchała ich raczej okazja do spędzenia weekendu z przyjaciółmi niż głód wiedzy o Derenku. I było to widać. Jakże miło było jednak obserwować, jak ta „grzeczna pasywność” i brak zaangażowania mijały im (i nam, opiekunom) z każdą kolejną godziną wyprawy.
Dzień pierwszy: Oczarowanie naturą
Pierwszy dzień był zdecydowanie turystyczny. Po kilku godzinach podróży z Budapesztu dotarliśmy do jaskini Aggtelek. Park Narodowy Aggtelek leży daleko od stolicy Węgier i okazało się, że w tej jaskini – która wielkością i pięknem może śmiało konkurować ze słynną słoweńską Postojną – nie był wcześniej nikt z nas. Wyszliśmy zaczarowani.
Z Aggtelek do celu naszej wyprawy było już niedaleko. Kolację i nocleg zaplanowaliśmy w Szögliget. Tam spotkało nas pierwsze zdziwienie: w pensjonacie witają nas swojskim „dzień dobry”, choć nikt nie mówi po polsku, a polscy turyści zaglądają tu rzadko. Dlaczego? Odpowiedź przyniósł niedzielny poranek.
Niedziela: Spotkanie z duchem miejsca
Już podczas śniadania poznaliśmy „dobrego ducha” tego regionu, pana Imre Mihalika, i razem ruszyliśmy w teren. Cóż to była za wyprawa! Najpierw busem (i to nie była zwykła droga, lecz trasa, o której dowiedzieliśmy się, że kilka lat temu próbował wjechać na nią autobus Volán... a wyciąganie go z powrotem do cywilizacji trwało do północy), potem pieszo podążaliśmy w stronę miejsca, którego nie ma już na mapach administracyjnych, ale które wciąż tętni w sercach wielu Węgrów o polskich nazwiskach.
Derenk to nie jest zwykła wieś. To symbol. Zasiedlona ponownie na początku XVIII wieku przez osadników z Podhala (wcześniej wyludniona z powodu dżumy), przez ponad dwieście lat była enklawą polskości. Mieszkańcy żyli w izolacji, co paradoksalnie pozwoliło im zachować archaiczny dialekt i polskie obyczaje. Przez pokolenia mogli nie wiedzieć dokładnie, skąd przybyli ich przodkowie – wiedzieli tylko, że serce zawsze ciągnęło ich „na północ”.
Gdy stanęliśmy przed kamienną tablicą upamiętniającą wysiedlenie z 1943 roku, brak zainteresowania ustąpił miejsca pytaniu: „Dlaczego właściwie tu jesteśmy?”. I wtedy, wierzcie lub nie, przez cztery i pół godziny (i całkiem sporo kilometrów) Imre Mihalik opowiadał, a młodzież nie tylko słuchała, ale wręcz zasypywała go pytaniami.
Okazało się, że dla naszych uczniów Derenk jest kluczowy. To właśnie dziedzictwo Derenczan daje prawne podstawy do istnienia naszej Szkoły, Samorządu, Muzeum czy możliwości zdawania matury z języka polskiego jako języka mniejszości narodowej. To dzięki ich wytrwałości Polacy na Węgrzech mogą dziś cieszyć się przywilejami gwarantowanymi narodowościom. A to wielka rzecz.
Ślady, które mówią
Spacerując między fundamentami domów, które dziś porasta las, odczytywaliśmy nazwiska dawnych gospodarzy: Babarcsík, Rémiás, Voda... Młodzież z uwagą przyglądała się ruinom starej szkoły – niegdyś centrum tamtego świata, dziś niememu świadkowi historii. Największe wrażenie zrobił jednak polski cmentarz. Pochylone krzyże - upamiętniające ok 2000 Polaków - uświadomiły nam wszystkim, że polskość na Węgrzech nie zaczęła się od naszych pociągów i samolotów w latach 90., ale tkwi tu, głęboko wrośnięta w kamienistą ziemię, od ponad trzystu lat.
Nie wiem, czy to magia Derenku, czy charyzma pana Imre sprawiła, że w miejscu, które można by przebiec szybkim marszem w pół godziny, spędziliśmy niemal cały dzień, chłonąc każdą opowieść. Nie tylko te o Derenku. Nauczyliśmy się wyszukiwać w lesie ślady średniowiecznej „autostrady” Miszkolc-Kraków, rozpoznawać miejsca dawnych pól uprawnych po nasadzeniach drzew, poznaliśmy też metody konserwowania jedzenia w skalnych „lodówkach”. Nie sądzę zresztą, by to nasza młodzież była tak niesamowita i tak zainteresowana historią – to historia i ludzie, którzy nam ją przedstawili, byli nadzwyczajni. Nasi uczniowie chłonęli Derenk z ogromną uwagą przez ponad cztery godziny i kilometry wędrówki.
Powrót do domu
W drodze powrotnej w autokarze panowała zupełnie inna atmosfera. Domknęliśmy pewną historię. Uczniowie już wiedzą, skąd bierze się ta „narodowość” i jaka jest jej siła. Derenk to nasze korzenie – twarde, trudne i bolesne, ale to na nich dzisiejsza Polonia buduje swoją tożsamość. Wróciliśmy zmęczeni, ale z poczuciem, że przestaliśmy być tylko „emigrantami”, że jesteśmy częścią wielowiekowej, polsko-węgierskiej sagi.
Zawsze dbaliśmy o to, by nasi uczniowie stali stabilnie na dwóch nogach: polskiej i węgierskiej. By znali tradycję i historię obu swoich ojczyzn. Okazało się, że to nie wystarcza. Potrzebowali „spinacza”, który połączy te dwa światy w jedną, sprawnie działającą całość. Tym łącznikiem okazał się dla nich Derenk i wytrwałość, z jaką potomkowie osadników trwali przy polskości, choć w większości po polsku już nie mówią.
Aby zrozumieć swoją teraźniejszość w Budapeszcie, musieliśmy najpierw przejść parę kilometrów przez las – tam, gdzie czas dawno się zatrzymał.
Katarzyna Desbordes-Korcsev

Opowiem Wam o Derenku…

logo.png

Szkoła (i przedszkole), które łatwo polubić od pierwszego wejrzenia, a potem pokochać całym sercem!

iskolai brosura.jpg
bottom of page